Szczęść Boże

Rejon, w którym doszło to tragedii, był przez ostatnie dwie doby zagrożony wskutek zwiększenia się ilości metanu do poziomu wybuchowości - uważa ratownik górniczy, do którego dotarła telewizja. To fragment jednej z wielu relacji, w których prześcigają się i państwowe i  prywatne media. Tragedia górników stała się najgorętszym tematem każdych wiadomości. Niby nic w tym dziwnego, niby tak powinno być. Któż bowiem, jeśli nie media, interesuje się dramatem rodzin górników? Warto podkreślić, że te same media odnoszą się niejednokrotnie z dezaprobata do górniczych marszów przed sejmem czy postulowanych podwyżek płac. Dziś solidaryzują się z nieszczęściem, które jest tak oczywiste. Zadaję sobie jednak, przy tej okazji, pytanie: gdzie są te wszystkie media, gdy śmierć dotyka pojedynczego górnika? Jakoś nie spieszą się -  i wtedy, i wówczas, gdy można by popierać poglądy górników dopominających się godnych zarobków. Nie spieszą się też podglądać, czy aparaty mierzące poziom metanu na co dzień funkcjonują prawidłowo. Tak się składa, że wszyscy „genialni” reporterzy nie pchają się do zapylonych chodników, nie myją się we wspólnej łaźni, gdzie przezroczysta woda zamienia się w czarną rzekę. A co najgorsze - nie widzą  kobiecych łez, kiedy ten niechciany przez wielu bohater, spóźnia się do domu na codzienny obiad. To właśnie w górniczych rodzinach najbardziej odczuwalna jest ulotność ludzkiego życia. To przy ich stołach wspomina się najczęściej tych, którzy odeszli, chcąc rzetelnie wykonywać swoje zawodowe obowiązki. Ten szczególny związek etosu pracy z zagrożeniem życia skonsolidował górniczą brać jako grupę o specyficznym, zawodowym solidaryzmie. Niepowtarzalnym nigdzie indziej, jak  właśnie tylko tam - kilkaset metrów pod ziemią, gdzie znikają codzienne problemy. Tam pozostają tylko oni i ściana czarnego węgla. I myślenie o bliskich w czasie wspólnego śniadania i wtedy,  kiedy winda rusza do góry. Dla tych kilku górników, których pożegnaliśmy wszyscy w zadumie, czerń zastąpił już błękit nieba. I pewnie to białe światło, o którym mówi wielu, po przekroczeniu którego, ktoś, kto na nich czeka powie im Szczęść Boże…         

2009-09-20, Zbigniew Widera