Wielobranżowy, kontrowersyjny, apolityczny – tak pisał o Panu przed samorządowymi wyborami prezydenckimi 2002 roku Dziennik Zachodni Odnoszę wrażenie, że coś jest w tej charakterystyce. Wielobranżowy? Rzeczywiście przyszło mi w życiu spełniać się w dziesiątkach ról i zajęć. Od biznesu do działalności społecznej. Byłem już animatorem kultury, zarządcą prawie wszystkich akwenów wodnych na Śląsku, producentem damskiej odzieży i mebli, dziennikarzem i wydawcą gazet i książek, poligrafem
i autorem książek, konsultantem gospodarczym, pomysłodawcą i organizatorem ośrodka terapeutycznego, wykładowcą akademickim i prezesem spółki skarbu państwa, doradcą partii politycznych i szefem regionalnej partyjnej struktury, kandydatem na prezydenta i radnym, a w końcu i restauratorem. Pomniejszych zajęć nie wspomnę z przyzwoitości.
Kontrowersyjny? Fakt, bardziej mi przyszło spełniać rolę Rokity niż Tuska, przywołując czytelne porównania. Nie jestem z tego ani dumny, ale też specjalnie nie cierpię.
Apolityczny? Zawsze tak było i sądzę, iż udział w Partii Demokratycznej, już po publikacji wspomnianego początkowego przywołania, jest w pewnym stopniu kontynuacją tej zasady. Sporo w niej „ideologicznego luzu”. Nie uciekniemy jednak od poglądów politycznych Bardzo proszę. Od lat spotykam się z utożsamianiem mojej osoby z lewicą. W czasach mojej studenckiej aktywności zajmowanie się organizacją kultury studenckiej (np. pierwszy festiwal Rawa z Ireneuszem Dudkiem), co wiązało się z obecnością w studenckiej organizacji o jednoznacznym wówczas profilu politycznym. Po latach powstanie stowarzyszenia „Ordynacka”, a ściśle jej medialny wizerunek, do którego wielu osobom dopisało tzw. gębę”, bez względu na to, co jej „w sercu noszą”. Osobiście wyrażałem konsekwentny pogląd, iż ambicje polityczne tej organizacji winny być realizowane „na”, a nie „pod stołem”, wpisując się w nurt tzw. „oderwania Ordynackiej od SLD”. Faktem jest, że mam wielu znajomych w polskiej lewicy, podobnie zresztą jak w środowisku ich politycznych przeciwników. Podczas wyborów samorządowych w Chorzowie, tworząc lokalne ugrupowanie polityczne, nadałem mu wyraźnie prawicowy profil. Powstanie z politycznego „ognia i wody” Partii Demokratycznej nosiło dla mnie obecność politycznego środowiska, w którym nie licytuje się, kto „prawy”, a kto „lewy”. „Prawych” było aż nadto z wybitnymi życiorysami, a ich ewentualną niechęć do tych „lewych” zastąpił autentyczny interes Polski. Stąd też moja obecność w PD. Ilustrując mój polityczny manifest przywołam zapis, jaki ułożyłem kiedyś na użytek myślenia o Partii Demokratycznej. „Misją Partii Demokratycznej: nowoczesnego, wolnego od uprzedzeń i podziałów ugrupowania, jest godne reprezentowanie obywateli Rzeczypospolitej Polskiej w sprawowaniu demokratycznej władzy. Obywateli – wykształconych, dumnych europejczyków żyjących w społeczeństwie obywatelskim, w państwie zaufania.
Sprawowanie władzy oparte jest o zasadę, iż każdy człowiek, niczym wobec innego nie wyróżniany i nie dyskryminowany, ma równe szanse rozwoju osobowego, a w dążeniach do zabezpieczenia bytu swojego i swojej rodziny winien być przez Państwo wspierany”. Jak widać, mamy tu wizję jasno określonej formuły pojmowania liberalizmu. Słowa, które w wyniku manipulacji politycznych straciło swój wymiar zrozumiały wśród ludzi. Liberalizmu, który w jednym z nurtów swej genezy postuluje zwiększenie roli państwa, zarówno w sferze społecznej, jak i w gospodarce, celem wyrównania szans. W poglądach ekonomicznych bliższy europejskiej socjaldemokracji niż europejskiemu liberalizmowi. Pozwolę sobie wesprzeć moje rozumowanie odniesieniem się do słów poprzedniego przewodniczącego, PD Władysława Frasyniuka, człowieka niezwykle spontanicznego, którego szanuję za jego życiową postawę: „Liberalizm dla mnie i dla mojej partii oznacza wyzwanie – jak tworzyć wolne społeczeństwo, świadome swoich zadań, umiejące się organizować niezależnie od państwa i pomagać potrzebującym”. Pomówmy o mediach. Jest pan od lat współwłaścicielem Gońca Górnośląskiego, więc chyba naturalną jest tendencja do wypowiadania się o mediach pozytywnie. Czy Zbigniew Widera polityk, ma właśnie taki pogląd? Jakie jest miejsce mediów w komunikowaniu się polityków z społeczeństwem? Przywołam w odpowiedzi fragment opublikowanego tekstu: "System polityczny, a nawet decyzje polityczne, tworzą scenę dla mediów, próbując przez nie uzyskać wsparcie obywateli, a przynajmniej złagodzić ich wrogość. Nie znaczy to, że władza jest całkowicie w rękach mediów, ani że społeczeństwo kształtuje się w zależności od tego, co one proponują. Zaakceptowanie tak zarysowanego miejsca mediów w mechanizmach funkcjonowania władzy musi prowadzić do fundamentalnego, w kategoriach etycznych, pytania nie tylko o niezależność mediów, ale i o rządzące nimi mechanizmy i motywy aktywności. Trudno bowiem oddzielić znaczenie i szeroki wpływ mediów na społeczeństwo, bez znajomości mechanizmów nimi sterujących. Tym bardziej, że to właśnie media popularyzują subiektywizm zachowań polityków, przy jednoczesnym upowszechnianiem własnego wizerunku, jako niezależnego, niczym nie skrępowanego, publicznego miejsca formowania myśli." Noam Chomsky, jeden z najbardziej cytowanych filozofów na świecie, wyraża opinię, iż autentyczna niezależność mediów - czy też ich neutralność - nie jest możliwa, ponieważ w swojej istocie pozostają narzędziem kapitalizmu. Media uzależnione od państwowej oraz korporacyjnej polityki informacyjnej stają się jedynie przedłużeniem odpowiednich struktur, odpowiedzialnych za kształtowanie tejże polityki wewnątrz organizacji rządowych i finansowych. Podążając bowiem za myślą amerykańskiego filozofa media to przedsiębiorstwa, które sprzedają swój produkt. Jego produktem są czytelnicy. Produktem są ludzie uprzywilejowani, tak jak ci, którzy piszą gazety, najwyżsi decydenci w społeczeństwie. Trzeba sprzedać produkt rynkowi, a rynkiem są ogłoszeniodawcy (to znaczy inne przedsiębiorstwa). Przedsiębiorstwa sprzedają czytelników innym przedsiębiorstwom. W przypadku mediów elitarnych to jest duży interes. Oczywistym przypuszczeniem jest to, że produkt medium, to, co się ukazuje i to, co się nie ukazuje i w jaki sposób jest nastawione, będzie odzwierciedlał interesy kupujących i sprzedających, instytucji i systemów władzy wokół nich. Jeśli by tak nie było, byłby to cud. W Pańskim przypadku media nie zawsze były łaskawe... Nie zawsze, ale zawsze w takich momentach przekonane były o swojej nieomylności. Prześledźmy dla przykładu jeden z artykułów oceniający moją po latach działalność w chorzowskim Parku Kultury, pióra rozpoznawalnej dziennikarki Dziennika Zachodniego, Teresy Semik: (...) Przejął park w najgorszym momencie. Żeby załodze wypłacić zaległe pensje i nakarmić zwierzęta w zoo, pożyczył milion od Kopeksu pod zastaw tzw. Pól Marsowych. Za jego kadencji energetyka wyłączyła prąd w parku, z powodu niezapłaconych rachunków.
Zbigniew Widera, sekretarz Stowarzyszenia „Ordynacka” na Śląsku, drobny przedsiębiorca z otwartym przewodem doktorskim, jakoś nikomu nie przypadł do gustu. Najpierw sprowadził do WPKiW projektanta włoskiej firmy „Zamperla”, z którą toczył rozmowy na temat wspólnych przedsięwzięć w Wesołym Miasteczku. „Zamperla” to znany na europejskim rynku producent urządzeń zabawowych (dostarczał je m. in. do Eurodisneylandu). Prezes Widera obiecywał, że w Chorzowie może postawić m.in. kolejkę górską, huśtawkę „crazy bus” Równocześnie zapowiadał przyjazd Francuzów z firmy Greviv zainteresowanych inwestowaniem m.in. w zoo, gdzie zamierzali zbudować delfinarium. Z kolei Niemcy zgłaszali Widerze propozycję wybudowania Aquaparku i hotelu, ale on pertraktował już z Holendrami. Hennie van der Most podobno przeleciał się nad WPKiW helikopterem. Kiedy jednak rada nadzorcza zobaczyła przygotowaną umowę dzierżawy, Widera wyleciał z hukiem. Holender zamierzał wydzierżawić najcenniejsze tereny dla spółki WPKiW, w tym Wesołe Miasteczko. Był sierpień 2004 roku. Oficjalny powód odwołania, to zła sytuacja w spółce, a prezes nie gwarantuje jej poprawy. Według nieoficjalnych informacji, Widera pertraktując z Holendrami nadepnął na odcisk właścicielom kramów i urządzeń zabawowych, którzy od lat znakomicie funkcjonują w WPKiW. Zagraniczny inwestor mógłby ich zmieść z rynku, więc z Widerą nie było im po drodze (...) Rzućmy okiem na wiarygodność wypowiedzi dziennikarki. Prawdą jest, że Park przejąłem w najgorszym momencie, i prawdą , że wyłączono prąd. I pożyczka to też prawda. Ale sekretarzem „Ordynackiej” nigdy nie byłem, a autorka tekstu cytuje tu bezkrytycznie Gazetę Wyborczą. Drobnym przedsiębiorcą z otwartym przewodem doktorskim, pisze dalej... Przewód doktorski otwarłem rok po odejściu z Parku ale co tam, trochę ten „drobny przedsiębiorca” i „zadeklarowany doktorant” ubarwia moją postać. Z firmy „Zamperla” odwiedził mnie osobiście prezes i właściciel w jednej osobie, a na jego polecenie projektant zrobił bezpłatnie projekt. Prezes Widera obiecywał, że w Chorzowie może postawić m.in. kolejkę górską, huśtawkę „crazy bus”, ale nie postawił, ponieważ „włoska” propozycja biznesu w Wesoły Miasteczku nie rozwiązywała problemu finansowania się całego parku. Równocześnie zapowiadał przyjazd Francuzów z firmy Greviv zainteresowanych inwestowaniem m.in. w zoo, gdzie zamierzali zbudować delfinarium pisze dalej dziennikarka, sama wymyślając owo delfinarium, nie dodaje jednakże, iż firma Greviv, która prowadzi park Asterixa we Francji była w parku. Z kolei Niemcy zgłaszali Widerze propozycję wybudowania Aquaparku i hotelu, ale on pertraktował już z Holendrami. Hennie van der Most podobno przeleciał się nad WPKiW helikopterem. Niemcy faktycznie rozmawiając o Aquaparku nie tylko się nim nie podniecali, ale wyraźnie wykazywali ekonomiczny bezsens jego budowy. Rozmowy prowadzone był 4 miesiące przed pojawieniem się Holendra Van der Mosta, który latał, tyle tylko, że samolotem, ponieważ jego helikoptera na teren parku władze lotnicze nie chciały wpuścić. Dla porządku muszę stwierdzić, iż sensacyjnie i przerażająco brzmiąca dla czytelników informacja: Holender zamierzał wydzierżawić najcenniejsze tereny dla spółki WPKiW, w tym Wesołe Miasteczko, to czynność zgodna z zatwierdzonym przez Ministra Skarbu i związki zawodowe Spółki programem restrukturyzacji. Dobrze przynajmniej, iż ostatnia konkluzja artykułu zgodna jest z prawdą. I tak to jest dziennikarzami, mają „patent na mądrość”, a że czasem nie piszą prawdy… Park był sukcesem czy klęską? Osobistym sukcesem okupionym ogromnym wysiłkiem przeprowadzenia ponad 300 osób załogi i 3000 zwierząt w ZOO przez upiorny okres totalnego braku pieniędzy i absolutnej ignorancji władzy. Ale w końcu, znalezieniem wiarygodnego inwestora.
Był również klęską, moją ale bardziej parku i mieszkańców Śląska nieświadomych, że to polityczno – prywatne „gyszefty” rządzą naszym światkiem, a nie słuszność idei. Wcześniej był kampania wyborcza 2002 roku w Chorzowie To był trudny okres. Początkowo wielkiego entuzjazmu, pełen pomysłów i mobilizacji dziesiątek osób wierzących, że Chorzów może być inny. Potem powstania SOS-u i trudnej kampanii wyborczej. Proszę pamiętać, iż hasło Obamy „ czas na zmiany” było przez nas wymyślonym hasłem, na użytek chorzowskiej kampanii. Podobnie jak negatywna kampania tak efektywnie uprawiana w pewnym czasie przez PiS. Ale wszystko, co negatywne w końcu się mści. Zemściło się i na nas, dostaliśmy lanie od doświadczonych przeciwników. No może nie tak do końca, wszak wprowadziliśmy nasze ugrupowanie do Rady Miasta, co w Chorzowie jest niezwykle trudne. Po tym okresie pozostało mi doświadczenie i napisana książka, którą dziś można znaleźć w bibliotece sejmowej. I jeszcze jedno, podczas 188 bezpośrednich spotkań z mieszkańcami udało mi się poznać chorzowian. To wspaniałe wspomnienie. Przejdźmy do koncepcji połączenia miast śląskich w metropolię Koncepcja, a w zasadzie pewna wizja, zaprezentowana została na piśmie kilkanaście lat temu w Gliwicach. Miałem przyjemność przeczytać bardzo skromny w swym opisie pożółkły dokument. Sam w tym czasie byłem członkiem czteroosobowego zespołu doradczego-sterującego, wyłonionego z kilkudziesięcioosobowej grupy ekspertów, wywodzących się z różnych środowisk, których zaprosił do współpracy ówczesny przewodniczący partii sprawującej władzę Zbyszek Zaborowski. To z jego ugrupowania wywodził się ówczesny Marszałek Województwa i Wojewoda. Zajmowaliśmy się wówczas m. in. koncepcyjnym skoordynowaniem działań instytucji zajmujących się finansowym wsparciem przedsiębiorczości: Funduszem Górnośląskim, GARR-em i GAPP-em. Moją rolą było zaproponowane przez moją osobę przekształcenie konurbacji śląskiej w metropolię. Artykuł na ten temat opublikowałem w wydawnictwie: „Alternatywa dla Śląska” w 2003 roku. Koncepcja ta, czerpiąca wzorce z tzw. rad aglomeracyjnych tworzonych w latach 60 i 70 w USA, na piśmie została przekazana władzom województwa i wicepremierowi Jerzemu Hauserowi. Niestety ówczesne władze polityczne nic z ową koncepcją nie zrobiły. Podczas wizyty w Parku, którym było mi dane wówczas zarządzać, koncepcję przekształcenia samorządów w jeden organizm przekazałem odwiedzającemu mnie wówczas Prezydentowi Świętochłowic Eugeniuszowi Mosiowi, wskazując mu jej oczywiste zalety. Zalety dla systemu, ale również zalety dla jego miasta, które mogło stać się liderem myślenia o zdynamizowaniu rozwoju Śląska. Po kilku rozwijających rozmowach, to właśnie z jego inicjatywy w Świętochłowicach podpisano pierwszy dokument inicjujący późniejszy GZM. Czy to rzeczywiście tak dobry pomysł? Opowiadając posłużę się fragmentem opublikowanego wówczas artykułu: "Przełom XX i XI wieku charakteryzuje się koncentracją potencjałów (gospodarczych, intelektualnych) aktywnie uczestniczących w rozwoju cywilizacyjnym. Zachowanie tożsamości oraz uprawnień do autonomicznego zarządzania organizmami społecznymi i gospodarczymi naznaczone jest koncentracją kapitałową, a także wyznaczaniem wspólnych strategii rozwoju, dla jak najszerszych form organizacyjnych.
Przyjmując nowoczesne postrzeganie technologii uprawiania władzy, traktującej organizmy samorządowe jak wielkie przedsiębiorstwa, konieczne jest wypracowanie nowej orientacji organizmów administracyjnych. Idące za nią zmiany w systemie zarządzania winny prowadzić do efektywniejszego wykorzystywania, w obszarze regionu, obecnych zasobów materialnych, finansowych i kadrowych skoncentrowanych w samorządach.
Wspólnemu planowaniu rozwoju przestrzennego, doskonaleniu systemów komunikacyjnych, rozwiązywaniu problemów odpadów, czy chociażby problemów terenów rekreacyjnych, towarzyszyć winna świadomość, iż GOP jest i będzie w zjednoczonej Europie olbrzymim rynkiem ekonomicznym. Winien on być zagospodarowany planowo, przy nadrzędnej funkcji myślenia regionalnego. Poszukiwanie modelu nowoczesnego zarządzania konurbacją, wspólnej, dynamicznej promocji, skoordynowanych inwestycji, może być twórczym uzupełnieniem dla samorządu wojewódzkiego, pozbawionego dotychczas czynnika sprawczego. Potrzeba zintegrowania obecnych możliwości, w ramach Rady Aglomeracyjnej, wynika również z oddolnego postrzegania potrzeby efektywniejszego zarządzania służbami i instytucjami wykraczających poza obszar jednego samorządu: instytucje ochrony zdrowia, bezpieczeństwa (policji i straży pożarnej) czy oświaty." Przykład WPKiW dobitnie wskazuje na zjawisko istnienia obszarów niczyich, które dla mieszkańców regionu mają niejednokrotnie istotniejsze znaczenie, jak jego rozumienie przez kreatorów życia politycznego.
Rozbicie strukturalne wydaje się być czynnikiem hamującym rozwój regionu, stąd też przy pełnej świadomości i rozumieniu potencjalnego oporu materii ze strony formalnych struktur samorządowych, istotne jest wyznaczenie horyzontu integracji, do którego w procesie łączenia można dojść. Powstanie Rady Aglomeracyjnej (obecnie - GZM) związane jest ze świadomym oddaniem części uprawnień przez obecne samorządy na rzecz instytucji kierującej rozwojem regionu.
Myślenie aglomeracyjne nie powstało dla krytyki obecnej samorządowej władzy, lecz dla bardziej efektywnego wykorzystania jej zasobów. Wszak jedynie z dachu wieżowca widać, co dzieje się na sąsiedniej ulicy, nie zaś z pozycji obserwatora umieszczonego w równoległej arterii. Twórcze postrzeganie nie zależy więc jedynie od faktu posiadania takowych umiejętności, lecz również od wyboru miejsca, z którego najlepiej widać własne zasoby, a co istotniejsze - perspektywy.
Myślenie w kategorii regionu, wykorzystanie jego silnych stron, nie tylko zwielokrotnia możliwości własnego potencjału, ale może stać się również, dla mieszkańców regionu, impulsem do wyzwolenia społecznej energii, woli intensyfikacji własnej aktywności motywowanej perspektywą życia, w znaczącym dla Europy, miejscu. Dla pełnej wiarygodności działań, szczególnego znaczenia nabiera staranne przygotowanie koncepcji, z pragmatycznym przedstawieniem wynikających z niej społecznych korzyści.
Najlepszą promocją Śląska jest przekonanie jego mieszkańców, iż żyją w regionie mającym realną wizję rozwoju, a to Śląskowi od lat jest najbardziej potrzebne. Czy pomysł na powstanie Centrum Innowacji, Transferu Technologii i Rozwoju fundacji Uniwersytetu Śląskiego to w jakiś sposób kontynuowanie działań o regionalnym znaczeniu? Mówiąc wprost o idei powstania Centrum odwołam się do słów byłego Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. W sformułowanym w 2003 roku postulacie Komisja Europejska zaznacza, że szkoły wyższe, obejmując swoją działalnością badania naukowe, edukację i innowacje wykonują następujące funkcje kluczowe: generowanie wiedzy poprzez badania naukowe, transfer wiedzy poprzez edukację, szkolenia i publikacje, wykorzystanie wiedzy, której beneficjentem jest społeczeństwo - przede wszystkim chodzi o różnorodne innowacje. CITTRFUŚ jest organizacją rynkowego wdrażania dorobku naukowo - badawczego Uniwersytetu Śląskiego, organizowania działań komercyjnych oraz wspierania strategicznych inwestycji związanych z ekonomiczno - społecznym rozwojem Uczelni, we współpracy z instytucjami samorządowymi, finansowymi, edukacyjnymi, naukowymi i otoczeniem biznesu (regionalnym, krajowym i zagranicznym). Naturalnie, powstanie tego ośrodka wiązało się z myśleniem o postępie całego regionu. Im więcej instytucji nadających rytm, wyznaczających kierunki jego rozwoju, tym dla nas wszystkich lepiej. Im większe przenikanie się myślenia środowisk akademickich na zewnątrz, tym większa szansa na efekty twórczej synergię. Tak naprawdę powstanie ośrodka to sukces Rektora Uniwersytetu Śląskiego. Jego percepcji poważnych analiz rozwoju cywilizacji, integrujących ściśle naukę z biznesem. Od początku swojego istnienia CITTRUŚ powinien łączyć kilka funkcji: ośrodka typu CTT (centrum transferu technologii), zarządzającego na styku środowiska akademickiego i przedsiębiorstw informacją o technologiach i ich wdrożeniach oraz zajmującego się wspieraniem wspólnych działań partnerów naukowych i gospodarczych, w zakresie działań pro-innowacyjnych. Ośrodka zajmującego się promowaniem kultury innowacyjności (szeroko pojmowana edukacja na rzecz innowacyjności) nie tylko w środowiskach gospodarczych, ale także w samorządach i sferze edukacyjnej oraz doradztwem i szkoleniami, w tym zwłaszcza (choć nie tylko) dla środowisk naukowych. Ośrodka doradczego wspomagającego przekładanie myślenia innowacyjnego na konkretne zyski firm i innych podmiotów. Tak szeroko pojmowane spektrum działania CITTRFUŚ - na styku środowiska akademickiego, samorządowego, przedsiębiorstw oraz agencji działających na rzecz gospodarki i/lub rozwoju regionu – może być realizowane w strukturze instytucji celowej obejmującej cały obszar innowacyjności w skali regionu. CITTRFUŚ byłby jednym z elementów takiej struktury (m.in. z GAPP. GARR, JZ-RSI). Z czasem mógłby stać się podmiotem wiodącym jako instytucja zewnętrzna wspierająca Śląski Urząd Marszałkowski w: przekładaniu krajowej polityki innowacyjności i programów jej realizacji na działania na szczeblu regionu oraz koordynacji wdrażania regionalnej polityki i strategii i jej z politykami/strategiami/programami branżowymi – zarówno regionalnymi, jak ogólnokrajowymi. Co będzie dalej? W najbliższej przyszłości przyjdzie mi stanąć na scenie Biblioteki Śląskiej i wręczać, jak co roku statuetki Śląskiego Oskara. Nagrody wymyślonej w Gońcu Górnośląskim, dla tych: co na Śląsku najlepsi i dla Śląska najlepsi. A później? Robić coś dla Śląska, by być z niego dumny. Realizować swoje następne pomysły na życie. Mając nadzieję, że piękna statuetka Śląskiego Oskara, kiedyś stanie i w mojej bibliotece.






